Tekst był opublikowany w "Gazecie Wyborczej" 18 maja 2008 r.

Był rok 2003. Agata i Adam Sochaczewscy postanowili - zakładamy rodzinny dom dziecka.

- Decyzja nie była łatwa. Przemyśleliśmy wszystko, przedyskutowaliśmy sprawę z naszymi nastoletnimi dziećmi. Byliśmy pełni ideałów, wiary, że możemy zrobić coś dobrego - mówi Adam Sochaczewski, dziennikarz, pisarz, autor m.in. publikacji na temat sanktuariów w Polsce i artykułów w "Wiedzy i Życiu", a także całodobowy, bezetatowy i darmowy pracownik rodzinnego domu dziecka. Pani Agata jest dyrektorką i jedynym pracownikiem, zatrudnia ją i opłaca Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie przy Starostwie Powiatowym w Radomiu. Dzieci mówią o niej - ciocia, urzędnicy - pracownik samorządowy.

Gdy wprowadziły się pierwsze dzieci, pan Adam odstąpił im swoją pracownię. Warsztat pracy, czyli biurko z komputerem, przeniósł do sypialni, wstawił tam też łóżeczko dla kilkumiesięcznego przyjętego chłopca. Gdy wprowadzili się kolejni podopieczni, Sochaczewscy za swoje pieniądze rozbudowali willę, dobudowali sypialnie dla dzieci i łazienkę. Stworzyli ciepły Dom, zachowali jego przedwojenną duszę. Dom - tak o nim mówią Sochaczewscy, placówka - to określenie urzędników. Do grudnia ub.r. byli przez nich chwaleni. Od grudnia mieli kontrolę za kontrolą i naganę za naganą. Być może to przypadek, ale w końcu ub.r. odmówili przyjęcia prawie pełnoletniego chłopaka.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej