Tekst był opublikowany w "Gazecie Wyborczej" w 2008 roku.

Kilka minut po 12, na przystanek przy ul. Wierzbickiej w Radomiu podjeżdża autobus linii numer 14. Pani Barbara właśnie wraca z supermarketu Leclerc. Wsiada środkowymi drzwiami.

A tu obok wejścia po prawej stronie, na pojedynczym siedzeniu, siedzi blady mężczyzna. Starszy, około sześćdziesiątki, włosy lekko siwe, krótki zarost na twarzy. - Bezdomny, widać było - opowiada pani Barbara. - Różnił się od nas, normalnych pasażerów. Żadnej siatki w ręku, żadnych zakupów, zupełnie bez niczego. Wszyscy na niego patrzyli, bo był inny.

 Proszę opuścić autobus

Mężczyzna siedział skulony, jedną rękę trzymał na piersiach, w drugiej trzymał kulę. Nic nie mówił, głowę miał opuszczoną, wzrok wbity w podłogę.

Pani Barbara: - Wyglądał na schorowanego i bardzo biednego, bardzo. Czy pani wie, jak wygląda biedny człowiek? Koszula, bez swetra, żadnej kurtki, buty - takie trampki, prawie letnie, a to przecież październik mamy. Oni myśleli, że jest pijany, z góry to założyli. Ja się nad nim nachyliłam - był trzeźwy, tylko bardzo chory. To był zapach chorych, spoconych nóg.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej