Artykuł był publikowany w „Gazecie Wyborczej” w maju 2005 r.

Pani Mariannie Kiełbasie wiosną 1998 r. skradziono wartego 7 tys. zł trzyletniego fiata 126p. – Na chwilkę wyszłam z samochodu i już go nie było – wspomina. Ponieważ w środku zostawiła torebkę z dokumentami, odmówiono jej wypłaty odszkodowania.

Ale była nadzieja na odzyskanie auta, bo policja szybko je znalazła i zatrzymała pasera. Nie zmartwiła się więc, gdy usłyszała, że fiat zostanie zatrzymany jako dowód przestępstwa. Sąd rejonowy w Radomiu w 1999 r. skazał złodziei. – Cóż z tego, skoro nie odzyskałam własności – żali się kobieta.

Sąd orzekł bowiem przepadek na rzecz skarbu państwa dowodów rzeczowych, w tym auta pani Marianny, wymontowanego z niego silnika i torby.

Od tego czasu kobieta gościła w sądzie wielokrotnie. Wystosowała kilogramy pism.

Był zdrowy i trzeźwy

Radomski sąd zorientował się wreszcie, że sędzia popełniła błąd, i jesienią 1999 r. poprosił Sąd Apelacyjny w Warszawie o stwierdzenie nieważności wyroku. Sąd apelacyjny uznał jednak, że uchybień nie było. Jego decyzję podtrzymał Sąd Najwyższy, uzasadniając m.in., że wyroku nie wydał przecież „sędzia dotknięty chorobą psychiczną bądź nietrzeźwy".

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej