Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Proszę sobie wyobrazić: 13 kwietnia, Kawiarnia Literacka Czytelnia Kawy, wieczór. Troje młodych pisarzy opowiada o Radomiu. Mówią, że miasto ma wiele miejsc nieodkrytych, że zasługuje na swoją mitologię. W ich książkach Radom niesamowicieje. I, wbrew Gombrowiczowi, może być nawet poematem!

"Radom nie jest tym, czym się wydaje" - czytamy w "Paczce radomskich" Marcina Kępy i Ziemowita Szczerka. To strawestowany cytat z "Miasteczka Twin Peaks" Lyncha. Okazuje się, że Radom może być tematem na kryminał, na powieść spod znaku "miłości i magii", a także pretekstem do wycieczek w fascynującą, lokalną przeszłość.

Zaproszeni przez "Gazetę Wyborczą" radomscy pisarze (Anna Litwinek, Grzegorz Bartos i Marcin Kępa) przekonywali, że dobrze im się tu mieszka, chętnie wraca. Zgodnie twierdzili, że są w Radomiu zakątki piękna, które czekają na odkrycie. - Miejsce tworzą ludzie, a w Radomiu pełno jest fantastycznych osób - powiedziała Anna Litwinek.

Radomscy pisarze zgodzili się, że czarny PR miasta trzeba przełamywać i że miasto ma potencjał na bycie bohaterem, nie tylko literackim.

Jutro Międzynarodowy Dzień Książki. Z tej okazji Anna Litwinek, Grzegorz Bartos i Marcin Kępa napisali dla czytelników "Wyborczej" opowiadania. Oczywiście z Radomiem w tle.

Grzegorz Bartos . Podryw

Z dworca spieszą się trzy dziewczyny, skulone z zimna, na sobie mają płaszczyki, a pod spodem już tylko miniówki, spieszą się, półtruchtem, już niemal podbiegają. Jaka to szkoda - narzekają, że wokół dworca nie ma ani jednego kiosku, nie tak jak kiedyś, kiedy były dwa, trzy (w dawnych czasach chociaż nic nie było, zawsze wszystko było), teraz nie ma, są dwie sieciówki, ale zamknięte po 19, a one nie chciały za wcześnie przyjeżdżać. Pociągi mają co godzinę, z Kruszyny, Bartodziejów, Lesiowa, a przecież nie chcą wydawać pieniędzy i teraz też rozpaczają, bo chciałyby rozmienić, każda ma te swoje pięćdziesiąt złotych w jednym niebieskim banknocie. Trzeba to rozmienić, zanim wejdą do klubu, żeby się żadna łachudra nie zorientowała, że są przy kasie, ale też żeby nie wydać za dużo na piwo, zanim się jakaś łachudra z portfelem pojawi. One nie są tu wcale po to, aby wydawać pieniądze, to na nie mają wydawać pieniądze, chłopcy z miasta, w koszulach w paski. Wolałyby wypić po jednym piwie, najwyżej drugie, tańsze pod klubem, w zaroślach, może pod pomnikiem łucznika (co to w ogóle za potwór?, czy to Robin Hood?, czy Frodo?), ale w klubie to mają pić za darmo, mają być spocone i adorowane.

Po trzeciej chwiejnym krokiem będą tak samo półtruchtać, żeby zdążyć na pociąg, który zawiezie je na wioskę, zanim rodzice wstaną.

Chłopcy z miasta jeszcze się nawet nie szykują. Handlarze samochodów. Stoją pod blokami. Przy parkingach. Przy dziuplach i warsztatach. Kręcą na gokartach. Mają swoje tematy. Rozkminiają. Skąd sprowadzać i za ile. Gdzie podrasować i gdzie spuścić. Ile zarobić. Chłopcy się znają na wszystkim, ale ani myślą o pracy na etatach. Nie będą przecież kart odbijać w zakładach metalowych, bo zakłady metalowe upadły, a samochodów na mieście coraz więcej i więcej.

Ich dziewczyny sprzedają w butikach w galeriach, ciuchy albo kosmetyki, ładne odstawione dziewczyny, które nie wyglądają jak matki. Czasem dopieprzają, ale trudno, same w końcu nie mają z nimi lekko. Nie podoba się, droga wolna. Byle się hajs zgadzał.

Tak rozkminiają na nowym torze kartingowym. Wielcy dranie wciśnięci w małe auta. W dobrych są humorach, bo złapali wolny weekend. One mają jakieś panieńskie, wyjazdowe ochlaje mojito, więc oni mogli wyskoczyć na gokarty, a teraz mogą się wybrać do klubu i zerwać dziewczyny, te podmiejskie kozy, które są całkiem fajne, bo mniej cwane i robotne. Nie trzeba za nimi chodzić po galerii z torebką pod pachą. Nie trzeba warować pod solarium, aż wyjdą. Nie trują dupy o byle co. Nie mają wielkich oczekiwań. Jeszcze tylko myjnia, białe skarpety przelotem z domu i koszulka polo, na tę noc wystarczy.

Dens, dens, mandarynki.

***

O trzeciej w nocy cała ulica śmierdzi kebabem z Marhaby. Pierwszy pociąg w stronę Warszawy dziewczyny mają za dwadzieścia minut. Muszą czekać. W jadłodajni tłum. Tam, gdzie kiedyś się walczyło, teraz zajada kebaby. Nocne życie miasta - Explosion, Kosmos i Marhaba.

Dziewczyny czkają, połykają słowa i trochę już martwią. Bo jak by się nie zaprzysięgły, to i tak któraś puści farbę i będzie jak zawsze. Spod sklepu na całą gminę. A przecież nawet nie dały nikomu. Za zimno było. Jeszcze w aucie by można, ale nie trafił się żaden z miasta autem, wszyscy pili równo, będą się taksówkami rozwozić.

Złodzieje przy automatach pod ścianą śpiewają piosenki Dżemu. Zapal świeczkę, za tych, których zabrał los... Naraz szmer i atencja, zaraz głośne krzyki, powitanie, ważna persona w lokalu. Kto to? - podpytują dziewczyny. Jak to, kto? To menedżer. Menedżer z Explosion. Człowiek numer jeden radomskiej kultury. Przystojniak w butach nowszych niż wszystkie inne nowe buty. Opowiada, jak to się zaczęło: byliśmy we trzech, na skrzyżowaniu Wernera z Szeregów, tam gdzie sygnalizacja wisi na drutach, i Michał mówi, chyba Michał (w tym mieście są same Michały i Piotrki): skoro ja nie mam nic, ty nie masz nic i on nie ma nic, to mamy akurat tyle, żeby tutaj, w tym miejscu, założyć wielki klub disco polo!

-...gniemy... pociąg! - woła jedna i już biegną, w pochyle w stronę dworca, najbardziej iluminowanego dworca w kraju. I gdyby chłopaki z miasta byli trochę bardziej trzeźwi, to by mogli obstawiać, który garbusek pierwszy dojdzie do mety. Wygra ta, która się najmniej zmarnowała. Wygra cnotka niewydymka. Wygra najbardziej rącza podmiejska koza.

Po drodze przy poczcie mijają niewolników, starych nieudaczników i prześmierdłe tytoniem babeczki czekające na busa, który zawiezie je do pracy załatwionej przez agencje. Do monotonnej harówki, dzięki której półki w marketach wyglądają tak jak wyglądają, do fuchy bez stałej umowy i żadnych świadczeń, z niską pensją. Ale i tak te stare zmordowane babki na święta potrafią wydać więcej pieniędzy niż we wszystkie inne miesiące razem wzięte. Kto by tak chciał żyć?

Pociąg stoi, niewyspany kanar dopala papierosa, a jeszcze się trzeba pożegnać z chłopcami z miasta. Nawet za nimi przydreptali, muszą być bardziej pijani niż zwykle. I do pociągu chcą wsiadać, mają gest. Dżem śpiewają. Jeszcze setkę cytrynówki ze stacji benzynowej przynieśli.

Całować się chcą i z kierownikiem składu szarpią, bo ten chce ruszyć, a przy otwartych drzwiach nie może. Lumpa chcą przegonić od grzejnika, ale ucapił i ani drgnie, tylko burczy: ten kaloryfer to moje mieszkanie! Ostatnią cytrynówkę dopijają pod zegarem, za tych, których zabrał los...

Dziewczyny są rozgrzane i w pociągu nie marzną. Ale było fajnie? No, znośnie - zastanawiają się. Co nic nie mówisz? - pytają tej, która milczy, a ona: Bo głodna jestem.

- Trzeba było zjeść w kebabie.

- Kiedy nie lubię. Za dużo cebuli. Zupy bym zjadła - a po chwili dodaje. - Ale ten Turek co podaje, fajny! Taki śniady, taki fajny!

Marcin Kępa . Trójkąt niebezpieczeństwa (fragment powieści sensacyjnej)

Kindt i Majewski, zmęczeni trudami alkoholowej nocy i długą, wcale nieorzeźwiającą rozmową w Starym Ogrodzie, szli wolno Wysoką pod kamienicę, gdzie od kilku miesięcy pomieszkiwał Franek. Często młody dziennikarz wracał z pracy do swoich rodziców, którzy mieszkali za miastem, ale odkąd zatrudniony był na stałe w gazecie, zdecydował się wynająć maleńką dziuplę blisko centrum, zwłaszcza że cena była atrakcyjna, a i możliwość spokojnej egzystencji z dala od nadopiekuńczych rodziców była wystarczającą pokusą. Miejsce było spokojne, towarzystwo znośne, dozorca - pan Skowroński - zawsze wpuszczał go o każdej porze dnia i nocy, czasami nawet wesoło komentując późne powroty, zaś wszędobylska i wścibska pani Słowikowska, oczy i uszy okolicy, dała mu spokój, odkąd napisał w "Gazecie Radomskiej" notatkę o jej zdolnym synu, gimnazjaliście, który odznaczał się niepoślednim talentem plastycznym.

- Idź już, Ludwiku - Majewski wyprzedził przed bramą przyjaciela - już dalej sam dojdę.

- Cześć - powiedział Kindt i wyciągnął rękę, którą Franek mocno uścisnął. Po chwili policjant odprowadzał kolegę wzrokiem, kiedy ten powoli kierował się w stronę ciemnej, uśpionej kamienicy. Już miał się odwrócić, gdy usłyszał z bramy jakiś głos. Przez chwilę myślał, że to Franek rozmawia ze stróżem, ale zaraz Majewski krzyknął krótko, gardłowo, jakby ktoś zakrył mu gwałtownie usta. Kindt w okamgnieniu wpadł za przyjacielem do bramy. Dwóch czarnych drabów dopadło już do Franka, w ręku jednego z nich błysnął bladym światłem nóż. Drugi jedną ręką trzymał Majewskiego za głowę, drugą zaś za wykręcone do tyłu ręce. Aspirant błyskawicznie wydobył swojego naganta.

- Puśćcie go - wycharczał.

Niezrażony tym wyższy opryszek przyłożył majcher do gardła Frankowi.

- To ty rzuć broń, szmondaku, bo zarżnę twojego kumpla jak świnię.

Kindt, centymetr po centymetrze, przysuwał się z pistoletem w dłoni w stronę bandytów.

- Dobrze, odłożę broń, jeśli ty rzucisz nóż - powiedział ściśniętym głosem.

- Stój, ścierwo! - krzyknął drugi z bandziorów, trzymający Majewskiego, ale Kindt już z zimną krwią mierzył w jego dłoń. Huknął suchy strzał i bandyta, krzycząc z bólu, puścił szyję Majewskiego. Aspirant strzelił drugi raz, ale chybił. Kula zagwizdała tylko w ceglanym murze. Franek rzucił się na rannego bandytę, a drugi napastnik już dopadł do Kindta i wyciągniętym przed chwilą zza paska krótkim, zakrzywionym nożem zamierzył się na policjanta. Aspirant wykonał dziwny, szybki ruch, i po chwili tamten leżał jak długi. Tymczasem Franek był w opałach, bo drugi z bandytów, mimo że ranny w rękę, zdołał drugą złapać leżący na ziemi majcher i przejechał nim po rękach Majewskiemu. Ale po chwili już był przy nim Kindt i rzucił przeciwnikiem o ziemię identycznie jak to zrobił kilka sekund wcześniej z pierwszym.

- Chodu! - wrzasnął pierwszy i, poderwawszy się z ziemi, rzucił do ucieczki. Drugi również się błyskawicznie podniósł, runął na Kindta, przewrócił się ponownie, ale zaraz wstał i jął uciekać za kolegą. Policjant, widząc że Majewski ostro krwawi, ale jest raczej cały, zaraz wybiegł z bramy za bandytami i przymierzył raz jeszcze, tym razem w nogi tego, który biegł drugi. Rozległ się strzał i - niemal jednocześnie - wrzask trafionego, ale mimo to bandzior biegł dalej. - Dorwę cię, skurwysynu! - krzyczał pierwszy, z bezpiecznej już odległości. - Już nie żyjesz! - zawtórował mu kolega.

Kindt, dysząc ciężko, wrócił do Franka.

- Jesteś cały? - wydyszał i opadł na kolana. Majewski zwijał się z bólu, miał głęboko porżnięte obie dłonie, całe ubranie powalane było krwią. Młody dziennikarz był tak przerażony, że nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa.

Po chwili na miejsce zleciało się pół kamienicy, na czele ze starym Skowrońskim, który dzierżył w dłoni tęgą lagę.

- O Boże, co się stało? - krzyczała przerażona Słowikowska, widząc broczącego krwią, półprzytomnego Majewskiego, nad którym pochylał się smukły, młody człowiek. Skowroński patrzył w milczeniu raz to na Majewskiego, raz to na Kindta.

- Kuzyni z Grójca, psia ich mać. Trzeba dać znać na policję.

- Nie trzeba - Kindt podniósł się z kolan i spojrzał spokojnie na kilkoro gapiów. - Policja już tu jest. Raczej trzeba tutaj lekarza.

Majewski jęczał cicho z bólu, wciąż mocno przestraszony. Pani Słowikowska uroniła nad nim kilka łez i przytuliła chłopaka do siebie.

- Drogi panie Franciszku, niech się pan trzyma.

Anna Litwinek. Deszcz i wanilia

- Idź, kup drożdże i wanilię - powiedziała - Tylko Kaziu, nie weź tych suchych. Takie normalne potrzebuję. Kosteczkę. I nie pomyl się z tą wanilią - ostrzegła. - Żeby ci nie dali waniliny, bo ty sam wiesz, zamyślony bywasz. Drożdże i wanilia. Nie wanilina. Zrobię nam na jutro pachnące ciasto. Na niedzielę.

Poszedł. W pierwszym sklepie nie znalazł. Mały i ciemny był ten sklep. Wchodził po trzech stromych i kruszejących ze starości schodach. Za skrzypiącymi drzwiami z łuszczącą się zieloną farbą panował półmrok i niewiele było widać, ale wstydził się zapytać. Postał chwilę, popatrzył na tytuły gazet i wyszedł. Może tam były. Te drożdże i wanilia, nie wanilina. Ale poszedł dalej. W drugim mieli na półce właśnie wanilinę i koniecznie chcieli mu wmówić, że to można zamiennie użyć. Może można, a może nie. On, Kazimierz nie da się nabrać, bo sam wie najlepiej jak by mu Hania głowę zmyła. Stary jest, to oszukać go chcą. Tak się zdenerwował, że już o drożdże nie zapytał tylko szybko wyszedł.

Zbierało się na deszcz. Zupełnie jak wtedy. Do trzeciego sklepu był spory kawałek drogi. Po nierównym bruku starego miasta. Zrobią się kałuże i będzie trzeba uważać, żeby nie zamoczyć butów. Ulicami spłynie woda, zmiecie niedopałki, stare liście, kurz. Ale jeszcze nie teraz. Teraz dopiero niebo ciemnieje, powietrze pachnie elektrycznością, wiatr mocniej wciska się pod poły płaszcza. Może zdąży. Poszedł ulicą Szewską, która dawno już zapomniała jak wyglądały obuwnicze warsztaty.

Handel i usługi uciekły w nowsze i bardziej uczęszczane części miasta. Pociemniałe szyby małych okien odbijały sylwetkę przygarbionego niemłodego mężczyzny w wyblakłym płaszczu i nasuniętym na oczy wytartym kaszkiecie. Jego sylwetkę.

Nagła wiosenna ulewa zaskoczyła go za rogiem opuszczonej kamienicy. Schował się w bramę i uważając, by nie ubrudzić starą cegłą wcale nie nowszego płaszcza oparł ramieniem o mur. Czuć było wilgocią, uryną, zmurszałym drewnem wypaczonych framug i świeżym drewnem, którym je zabito dla ochrony przed szabrownikami i włóczęgami. Na deskach przybito wielką tablicę z koślawym napisem "Uwaga. Budynek do rozbiórki". Żal mu się zrobiło pięknej niegdyś kamienicy. Ludzi, którzy ją budowali już nie ma, ale włożyli w te mury serce, jak to w dawnych czasach. Być może nie ma już też ludzi, którzy tu mieszkali. Na pewno tych od przedwojennych właścicieli nikt nie znalazł, skoro kamienica popadła w ruinę. A może znaleźli właśnie zbyt wielu, a oni wszyscy skłóceni zaniedbali dom przodków? Albo chcieli odnowić, ocalić, ale biedni byli. Drogie teraz remonty, usługi, deski i cement. I nasiąkła starością kamienica jak nie zerwana w porę truskawka. W takiej podobnej mieszkali niedaleko z żoną. Myśleli, jeszcze rok, dwa i też ich stąd zabiorą gdzieś w nowsze lokale, bo zarządzą remont. Rewitalizację. Wymienią schody, drzwi i okna na nowe. I ludzi wymienią na młodszych, ładniejszych. Tak wtedy z Hanią myśleli. Sami już niemłodzi i nie tak ładni jak kiedyś, ale jakie to ma znaczenie. Krople z szumem spadały i rozpryskiwały się na popękanych płytach, asfalcie, granitowych kostkach i znikały w szczelinach i burzowych studzienkach. Tylko kilka chwil i znowu słońce. Jak wtedy.

Wyszedł przed bramę i mrużąc oczy przed jaskrawym słońcem, poszedł wolno w kierunku kolejnego sklepu. Wsłuchując się w szum strumyków spływających do kanalizacyjnych kratek, nawet nie zauważył, gdy znalazł się poza kwartałem najstarszych kamienic, w ruchliwym i głośnym ulicznym tłumie. Tu niedaleko jest duży spożywczy z wieloma półkami i produktami. Tam na pewno będą mieli to, o co prosiła Hania. W kolejce do kasy przyglądał się okładkom czasopism i porównywał etykiety alkoholi jak najcenniejsze eksponaty ustawionych w równych szeregach tuż za plecami ekspedientki. Wino receptą na młodość, miłość w trzydzieści minut, sprawdź jak szybko się zakochujesz... Krzyczały kolorowo magazyny. Moja Hania jest moim winem, pomyślał, moją młodością i miłością na długo i powoli. Muszę jej przynieść wanilię. Nie wanilinę.

- To wszystko? - zapytała sprzedawczyni, odrywając starszego pana od wspomnień.

- Tak dziękuję. Tylko drożdże i wanilia.

Zapłacił i ruszył wolnym krokiem w stronę domu. Ulice prawie wyschły w wiosennym ciepłym słońcu. Gdzieniegdzie połyskiwały kałuże, które starannie omijał. Buty stare, ale sprawdzone. Niech już zostaną z nim do końca. Nie warto kupować nic nowego dla takiego starego dziada. Nic nowego nie będzie też z pewnością tak wygodne jak stare i wynoszone. Trzymał ręce schowane w kieszeniach płaszcza i szedł, przyglądając się wymytym w deszczu chodnikom, zaparkowanym samochodom i wielobarwnym dachom. Czuł drobny ciężar paczki drożdży, a pod palcami szeleściła torebka wanilii.

Skręcił za jasnym kamiennym rogiem kościoła ewangelicko-augsburskiego i wszedł w mały zaułek skąd już niedaleko miał do domu. W deszczówce zebranej przy krawężniku obok odbiła się ceglasta wieża kościoła farnego. Tyle miejsc czuwających nad spokojem ducha, a on tylko do jednego wciąż wraca. Do kuchni. Licząc stopnie schodów na klatce, wspiął się na pierwsze piętro i wytartym kluczem otworzył sobie drzwi mieszkania. Postał chwilę w korytarzu, czekając i nasłuchując, ale jak co tydzień zawiódł się uderzającą ciszą. Wciąż tak samo boleśnie, niezmiennie od roku, prosto w serce. Wszedł do kuchni, wyciągnął drożdże, które po chwili wyrzucił do kosza. Rozerwał torebkę z wanilią i rozsypał na stole. Będzie pachniała do jutra. Na niedzielę.

***

Tekst powstał w związku ze spotkaniem z Anną Litwinek, Grzegorzem Bartosem i Marcinem Kępą, które odbyło się w 13 kwietnia 2016 r., na zamówienie i z inspiracji Organizatorów Europejskiej Stolicy Kultury i Światowej Stolicy Książki UNESCO 2016



Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.