Ma ok. 180 cm wysokości, zachwyca barwnością. A jeszcze większe wrażenie robi oglądana z bliska. Ktoś kto nie zna się na szydełkowaniu albo robieniu na drutach, nie zdaje sobie sprawy, ile czasu mogło zająć jej tworzenie. Ale jeden rzut oka wystarczy, by mieć pewność, że autorki dziewiarskiej choinki włożyły w nią całe serce.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dwie Małgorzaty, Barbara, Anna, Agnieszka, Katarzyna, Dorota, Dagmara, Julita i Marzena. Gdy spotykamy się kilka dni przed świętami w kawiarni… Siedem z nich siedzi przy stole: na nim kawa, pierniczki i druty, szydełka, włóczki.

– Widziałyśmy takie w internecie. I padło hasło, może my też taką zrobimy – opowiada pani Gosia. – Jedna z koleżanek napisała na Messengerze. Już po spotkaniu przyszło jej to do głowy.

– Spotykamy się już trzy lata, na początku co dwa tygodnie, ale potem tak się polubiłyśmy, tak nas ta pasja łączy, że teraz spotykamy się co tydzień – mówi Kasia. – A praca nad choinką jeszcze nas zintegrowała.

Choinkowa matematyka

– Wszystkie robiłyśmy kwadraciki i na szydełku, i na drutach – relacjonuje Basia.

Obliczyłyście, ile ich potrzeba? – pytam.

– Tak – śmieje się pani Małgosia. – I całe pudło nam zostało.

Wszystkie wybuchają śmiechem.

– Mąż Małgosi zrobił nam stelaż, żeby było tę instalację na czym zawiesić – opowiada pani Basia. – Ale tyle zostało, że może coś pokombinujemy na Wielkanoc.

Małgorzata: Kwadraty robiłyśmy w domu, tu zszywałyśmy w długie pasy, nawet na kolanach, potem na samej choince.

Z przygotowaniem choinki zeszło im ok. miesiąca. Każda z nich miała zrobić po 30 kwadracików o boku 10 cm.

– Ale właściwie każda zrobiła, ile mogła. Agnieszka i Julita trochę mniej, Basia wyciągnęła te, które miała zrobione do innego projektu – wylicza Dorota.

Jeden kwadracik na szydełku robi się 15 -30 minut, na drutach trochę dłużej. Oczywiście, te z wzorem są bardziej wymagające.

Pani Małgosia: – Pani która jest prezesem fundacji, która prowadzi tę kawiarenkę społeczną, ukuła bardzo ładną teorię do naszej choinki. Każdy kwadracik to osobny człowiek, ma swój charakter, swoją osobowość, a jak się je połączy to tworzą całość, integrują się. Kiedyś spotykałyśmy się w kawiarniach, tam nie mogłyśmy czegoś takiego zrobić, nie byłoby gdzie tego postawić, a tu jest miejsce i żadna inna choinka już tu nie stoi.

– Obalam mity związane z dziewiarstwem, że to domena babć – mówi pani Kasia. – To jest tak modny trend w wielu miastach, młode dziewczyny dziergają.

Pani Basia: – Wymieniamy się i włóczkami, i doświadczeniami. Małgosia nauczyła mnie robić czapki na drutach, bo umiałam tylko szydełkiem. I moje wnuki Staś i Hania mają czapki zrobione na drutach.

Każda ma na sobie ręcznie robiony sweter, szal lub chustę.

Dla bliskich, od dziecka

– Robimy zabawki, swetry, czapki dla bliskich – wylicza pani Dorota. Każda z nich ma jeszcze inne talenty. Jedna robi pierniczki, druga biżuterię, trzecia bombki i ozdoby choinkowe na szydełku. Gdy siedzimy przy stole, pani Agnieszka z białego sznurka dzierga śnieżynki.

- Dużo osób przewinęło się przez grupę, przychodziły i odchodziły, wracały – mówi pani Kasia. – Teraz jest stała grupa, ale jesteśmy otwarte, zapraszamy, można do nas dołączyć.

I co najważniejsze, nie trzeba być praktykującą dziewiarką.

Pani Ania: – Ja robiłam od zawsze, ale małe rzeczy, a tu zaczęłam robić częściej i więcej

Pani Małgosia: – Ja robiłam na studiach i gdy miałam małe dziecko, to robiłam sweterki. Potem miałam 20 lat przerwy, robiłam co innego, haftowałam krzyżykami, a teraz krzyżyki porzuciłam, a wróciłam do szydełka i drutów.

Pani Agnieszka: – Ja robiłam jako dziecko coś na szydełku, ale też miałam długą przerwę.

Pani Basia: – To jak z jazdą na rowerze, nie zapomina się. Ale ja nigdy nie miałam przerwy. Robiłam od dziecka. Wiele lat temu nie było wzorów. Teraz włączasz komputer i znajdziesz wszystko. Filmy, wzory, schematy, opisy; kiedyś się podpatrywało, a nie każdy chciał pokazać. Moja mama też była samoukiem, ale miała taką koleżankę, która świetnie robiła na drutach. Mama chciała się nauczyć, ale jak przychodziła o niej, to tamta natychmiast chowała, nie pokazywała. Mama nauczyła się sama metodą prób i błędów.

Pani Małgosia: – Ja się nauczyłam z książki. Dziś można kupić gotowe projekty.

Z każdą robótką wiąże się jakaś historia, w każdą autorki wkładają serce.

Pani Małgosia: – Ja zawsze myślę o tej osobie, która będzie to nosić. Zrobiłam koleżance czapkę, a ona mi mówi: „Wiesz, tak wczoraj było zimno, a ja w niej nie zmarzłam". To takie miłe.

– Robiłam szal na zamówienie i tak ciepło myślałam o tej osobie... Piękny wyszedł, miałam satysfakcję. Pieniądze są drugorzędne, satysfakcja jest na pierwszym miejscu, sama radość tworzenia – stwierdza pani Kasia.

Akryl nie taki jak kiedyś

– A drugą naszą pasją jest kupowanie włóczki. To są dwie osobne pasje – śmieje się pani Basia.

– Do upychania w domu najlepiej sprawdza się tapczan – uważa pani Kasia.

To jest drogie hobby…

Pani Gosia: – A gdy się zrobi większe zakupy i można nie płacić kosztów przesyłki, to człowiek od razu myśli, że taniej.

Wszystkie wybuchają śmiechem.

– Mamy grupę na Messengerze, jak któraś zamawia, to pyta, co komu jeszcze zamówić – wyjaśnia pani Gosia.

– Ale też się wymieniam, robimy porządki, każda ma zapasy różnych włóczek i czasem nie ma pomysłu, co z tym zrobić – mówi pani Kasia.

Przyglądam się włóczkom leżącym na stole. Każda z nich jest inna. A która najlepsza?

Pani Dorota: Dla mnie mieszane pół na pół.

– Tak, są ciepłe, a łatwe w użytkowaniu, bo można je wrzucić do pralki na program wełna, odwirować i taki sweter nie schnie nie wiadomo ile – zgadza się pani Małgosia.

– Ja preferuję włóczki naturalne wolne od molesingu, czyli ich produkcja nie wiąże się z okrucieństwem wobec zwierząt. Po praniu pachną jak owieczka. A ręcznie farbowane są unikatowe, choć bardzo drogie – mówi pani Kasia.

– Trzeba się z nimi delikatnie obchodzić, umiejętnie prać – mówi pani Dorota.

Dotykam wełny mieszanej z akrylem, wełny merynosa, wełny z alpaką.

– Ten akryl nie jest taki jak 20 lat temu. Jest miękki, nie trzeszczy pod palcami – uważa pani Małgosia.

W dzierganiu jest siła

Gdy pytam, czy wychowują następczynie i następców, wzdychają chórem: nie chcą.

– Staś się nauczył robić łańcuszek, Hania prawie też – mówi pani Basia. – Musisz czuć chęć, na siłę nic nie będzie. Tak zresztą było ze mną. Na drutach umiałam robić, ale mnie nie ciągnęło, bo moja mama robiła. Pięknie. Jak wymyśliłam sobie sweter z wzorem norweskim, to mama mi wydziergała. Na szydełku ona nie lubiła, więc ja przejęłam szydełko i sama się nauczyłam.

– Żałujemy, że nie ma w Radomiu sklepu z włóczkami z prawdziwego zdarzenia, takiego, żeby można było pomacać. Był zalążek na Focha, ale się zamknął – mówi pani Kasia. – Zależy nam na różnorodności, żeby było parę motków tej naturalnej. Marzymy, że w sklepie będzie wybór włóczki i akcesoriów, a my będziemy siedziały i dziergały. Żeby można było napić się kawy, podpatrzeć, poduczyć się. I żeby sprzedawała osoba, która się na tym zna.

Pani Małgosia: – W dzierganiu  jest siła. To uspokaja, gdy człowiek wraca z pracy i ma głowę 5 na 9, chwyci się za robótkę, to te myśli odbiegają.

Pani Basia: – To terapia, wytwarzają się endorfiny.

– Sportowcy na olimpiadzie dziergają, bo to uspokaja, pozwala się skupić, inne myśli odchodzą – zauważa pani Kasia.

– Czasem rozsądek podpowiada: kładź się spać, bo rano do pracy, ale serce mówi: jeszcze jeden rządek – mówi pani Małgosia. Znów wybucha salwa śmiechu. Każda z nich to zna.

Radomskie Dziewiarki spotykają się w każdy wtorek o godz. 17 w Kawiarence Społecznej przy ul. Traugutta 18. Można do nich dołączyć.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem