Kiedyś, jeszcze długo przed diagnozą o chorobie, Magda powiedziała: "Na grobie napiszcie mi: >Kochała zwierzęta i ludzi. Koniecznie w tej kolejności".
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Taka właśnie była. Kochała zwierzęta i ludzi. Uważała chyba, że miłość jest równoznaczna ze wsparciem. I wspierała, jak mogła. Wciąż wertowała internetowe zrzutki. Dzieci potrzebujące kosztownej operacji, konie, które trzeba było wykupić z transportu do rzeźni, dziewczynka z Kenii, która chciała się uczyć… wszyscy mogli liczyć na kilka złotych od Magdy.

Największą miłością – nie musiała tego mówić, to wyrażało się nawet w wyrazie jej twarzy, w miękkości słów – byli jej wnukowie. Nie mówiła o nich inaczej niż Antoś i Adaś albo chłopaki. Niemal przed każdym wolnym weekendem mówiła: „biorę chłopaków". Planowała, co im ugotuje, gdzie spędzą wolny czas: w kinie, na basenie, na rowerach... Wracała po tych weekendach rozpromieniona, odmłodzona, szczęśliwa. Opowiadała, jak się potoczyły te wspólnie spędzone godziny.

A potem robiła kawę i siadała do pracy. Z taką samą pasją przez ponad 30 lat. Z przekonaniem, że czytelnik musi dostać tekst dopracowany, odpowiadający na wszystkie nurtujące go pytania, napisany w zrozumiały sposób. Wgryzała się w nowe tematy, nowe technologie. Z takim samym zaangażowaniem potrafiła pisać o gangu karateków, problemach kadrowych szpitala, kształceniu dualnym. O dziurach w drogach i dziurze w budżecie miasta. Po mistrzowsku poruszała się w tematach politycznych i samorządowych i nie dawała się zbyć zdawkową odpowiedzią.

Zawsze mogliśmy na nią liczyć, choć skład redakcji się zmieniał, dziennikarze i fotoreporterzy przychodzili i odchodzili, to Magda zawsze była. Zawsze wywiązywała się z tego, do czego się zobowiązała. Zawsze, gdy ktoś z nas miał wątpliwości co do swojego tekstu, mógł powiedzieć: „Magda, rzuć krytycznym okiem". Magda rzucała okiem. I po jej lekturze i redakcji zawsze mieliśmy pewność, że w tekście jest wszystko, co być powinno.

To „zawsze" zostało nagle przerwane, gdy Magda ponad dwa lata temu dostała diagnozę poważnej choroby. Odeszła, by skupić się na leczeniu. Wierzyliśmy, że wróci. Może nie do codziennej pracy za biurko, ale przynajmniej do pisania kilka razy w miesiącu. I do czytania naszych najważniejszych tekstów.

Od soboty wiemy, że nie wróci. Nie będzie już rozmów – poważnych i błahych – przy porannej kawie, pełnych napięć dyżurów w wieczory wyborcze z upieczoną przez nią szarlotką i pełnych zachwytów, choć wyczerpujących, dyżurów na Air Show. I nowych czapek, kominów i szalików, które robiła dla nas – jak wszystko – z miłością.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat